305 / the kingdom of fries

43_resize

44_resize

21_resize

3_resize

9_resize

10_resize

15_resize

45_resize

DSC_6417

6_resize

1_resize

29_resize

32_resize

11_resize

18_resize

19_resize

22_resize

27_resize

14_resize

25_resize

23_resize

26_resize

42_resize

31_resize

2_resize

37_resize

Mimo wszechobecnej degrengolady istnieje wciąż parę prawd na tym świecie; jedna z nich brzmi: jeśli jesteś na diecie –  nie jedź do Belgii.

Począwszy od siusiającego chłopca, przez komiksowe postacie zerkające spod dachów, aż po rzeźbę kobiety o rubensowskich kształtach, wszyscy (wyzbyci ludzkich pokus) obserwują przewalające się tłumy turystów i tubylców z obfitymi waffles, pralinami wielkości naparstka, rozkosznie różnorodnymi czekoladami  i… frytkami z majonezem. Nieuporządkowanie, nieogarnięcie, chaos mieszają się w tym miejscu ze słodkością zbędnych kalorii i delikatnością surrealizmu. Wybacza się wszystko.

Czarownie – ostatnio przypomniane słowo okazało się perfekcyjne. Nie ukrywam,  lubię powtarzalność:  René Magritte mógłby malować moje sny. Mokre włosy, krople deszczu, wieczorna mgła. Orzeł, który jest górą albo odwrotnie. Yves Saint Laurent i wieloletnia kolekcja kartek LOVE dla przyjaciół.

Nie marzyłam o Brukseli. I to był błąd. Okazała się najlepszym miejscem na naukę gry w pokera, złapanie pierwszego od dawna przeziębienia, połączenia kultur i spróbowania cykorii.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s